Jak urządzić wesele w rodzinnej stodole – historia Natalii i Macieja

Piękne śluby

Kiedy Natalia pokazała zdjęcia ze swojego ślubu i wesela pomyślałam – wow! Ale super mieć rodzinną stodołę, w której można urządzić imprezę. Wydawać by się mogło, że nie dość, że wszystko da się przygotować po swojemu, to jeszcze jest okazja, by ominąć wygórowane stawki rynkowych sal weselnych. Okazuje się, że główną zaletą miejscówki Natalii i Macieja było to, że miała wolny termin :) Jednak ich ślubne przygotowania zupełnie nie przypominały tych tradycyjnych. Pracy było zdecydowanie więcej i to tej ciężkiej, fizycznej – układania podłogi i porządków bez końca. Nie wyszło taniej, ale na pewno piękniej, bo po swojemu… Zresztą, zobaczcie sami!

Jednym z większych wyzwań szybkich ślubów są długie terminy sal weselnych… Natalia z Maciejem w połowie maja postanowili to obejść i z początkiem września ubiegłego roku stali się małżeństwem. W międzyczasie przewracając wiele do góry nogami :)
 Maria/Ślub bez bez: Skąd pomysł na to, by wesele urządzić rodzinnej stodole?

Natalia: Pomysł narodził się bardzo spontanicznie i padł ze strony mojego męża. Decyzja o ślubie zapadła w maju, a chcieliśmy koniecznie wziąć ślub jeszcze tego samego roku. Nie wyobrażaliśmy sobie rocznych czy dwuletnich przygotowań. Zdawaliśmy sobie jednak sprawę z tego, że z miejscem na wesele, które pasowałoby do nas może być problem z uwagi na to last minute, które sobie nałożyliśmy. Od pomysłu do realizacji wyglądało to tak, że Maciej zadał pytanie – a może w stodole u rodziców? Na co ja odparłam po prostu OK. Ta sytuacja idealnie obrazuje to, jakimi jesteśmy ludźmi.

M: Jak dużo pracy wymagało doprowadzenie jej do stanu gotowości na przyjęcie gości weselnych?

Natalia: Najpierw trzeba było wszystko uporządkować. Cała stodoła, prawie aż po dach była wypełniona maszynami rolniczymi, zbożem, sianem i całym mnóstwem tak zwanych „przydasiów”. Kiedy udało się ją opróżnić, musieliśmy wysprzątać cały kurz i pył, zabezpieczyć gliniane ściany. Następnie przyszedł czas na wylewkę z betonu i rozprowadzenie prądu pod oświetlenie. To był moment przełomowy, gdyż w ostateczności zdecydowaliśmy, że podłogę wykończymy drewnianymi deskami. Ciężko w kilku słowach opisać ogrom pracy, jaką wykonaliśmy w trzy miesiące. Zaczęliśmy w czerwcu, a ślub był na początku września.

Prawda jest taka, że gdyby nie nasi wspaniali przyjaciele i rodzina, to miejsce by nie powstało. Na hasło „Stodoła” pojawiało się co najmniej kilka osób, które jak to podczas przemówienia mówił mój mąż „za miskę znienawidzonego już leczo i piwo”, działało od świtu do nocy. Przeważnie była to praca w weekendy, ale bywało, że jechaliśmy codziennie po pracy. Mieszkamy w Poznaniu, a stodoła jest prawie 100 km za Poznaniem.

M: Własne miejsce na ślubne świętowanie wydaje się rozwiązaniem idealnym – 100% na własnych warunkach i może taniej? Jednak Wasze przygotowania sugerują co innego – to musiała być spora inwestycja! Uznalibyście pomysł za opłacalny finansowo, gdybyście nie planowali przekuć go w biznes?

Natalia: Pomysł na Dyrkowo pojawił się w momencie, gdy podjęliśmy decyzję o drewnianej podłodze i elektryce. Dlatego mówiłam wcześniej o tym, że ten etap był dla nas przełomowy. Już wtedy nie było półśrodków. Finansowo jest to bardzo duże przedsięwzięcie i szczerze mówiąc, jeśli nie planuje się później przekuć tego w pomysł na życie, w mojej ocenie nie ma sensu aż tak inwestować. Co prawda gdybyśmy zdecydowali się tylko na jedną imprezę – nasze wesele – pewnie byśmy znaleźli inne, tańsze (nawet o 30%) i tymczasowe rozwiązania. Ale umówmy się, tak pięknie to by na pewno nie było.

M: Takie szykowanie miejsca musi być super-stresujące – w końcu z zasady przychodzi się na gotowe, po drodze ustalając wystrój sali i menu. Nie myśli się o tym, z czego jest taneczny parkiet i jak puścić kable z prądem po ścianach. Co spędzało Wam sen z powiek?

Natalia: Sen z powiek spędzało mi dosłownie wszystko. Czy ze wszystkim zdążymy, czy będzie pogoda, jak goście przyjmą taki anturaż imprezy… To był bardzo piękny, ale też szalony i pełen stresu czas. Nie wiem, jak przetrwałam te miesiące morderczej pracy, ale też załatwiania mnóstwa innych spraw. Bo sala to jedno, ale przecież jest mnóstwo innych ważnych kwestii. Kościół, dekoracje, ubrania, catering, zespół, fotograf, kamerzysta… Przez 3 miesiące działałam na autopilocie. Zaprogramowałam się na początku czerwca i puściło dopiero na poprawinach ;)

Mimo tego że był to bardzo intensywny i męczący okres, wspominam go z wielkim wzruszeniem i radością bo wiem, że to już nigdy się nie powtórzy. Paradoksalnie, mimo małej ilości czasu dla siebie, wielu stresów i nerwowych sytuacji, zbliżyliśmy się z Maciejem do siebie. Między nami nie było czasu na kłótnie – staliśmy się zgraną, dwuosobową drużyną, która jak się uprze, jest nie do zatrzymania.

M: A to jest w małżeństwie najważniejsze! Wróćmy na chwilę do samej ceremonii zaślubin – wiem, że mieliście z Mężem czynny udział w mszy świętej – co z oprawy ceremonii wzięliście na siebie? To piękne i wzruszające! Gdyby nie to, że miałam cały czas łzy w oczach to sama chciałabym na swoim ślubie czytać czytanie lub modlitwę wiernych :)

Natalia: Pomysł czynnego udziału w mszy podsunął nam ksiądz z parafii mojego męża. Bardzo nam się to spodobało. Ja czytałam pierwsze czytanie, Maciej drugie. Modlitwę wiernych mówił tato mojego męża. To, że dałam radę nie puścić lawiny łez to zasługa mojego dobrze działającego autopilota. Za to przy przysiędze nadrobiłam. Zapowietrzyłam się na kilka sekund, nie mogąc kontynuować ;)

Ślub braliśmy w Kościele Ojców Dominikanów w Poznaniu. Ojciec Wojciech, który udzielał nam ślubu, jeszcze dzień przed ceremonią wlał spokój w nasze serca i w całym tym szale przygotowań przypomniał nam, co jest tak naprawdę ważne.

M: Dobrze mieć takiego przewodnika, który sprowadza na ziemię, uspakajając – Dominikanie zdaje się są w tym świetni! Opowiedz proszę o atrakcjach dla gości, jakie przygotowaliście, oprócz własnej stodoły :) Widziałam na zdjęciach wóz straży pożarnej i dziewczynki w księżniczkowych strojach…

Natalia: Macieja tata jest prezesem lokalnej OSP, więc bez obstawy strażackiej to wesele nie miało racji bytu! Wóz jest tak naprawdę zabytkiem, tak że przede wszystkim dzieci miały ogromną frajdę. Z dodatkowych atrakcji mieliśmy fotobudkę i księgę gości, mama Macieja sama przygotowała wędliny na wiejski stół, był też osobny stolik z domowymi nalewkami. Dla wszystkich przybyłych samo wesele w takim miejscu było atrakcją. Wielu gości kojarzyło to miejsce ze swoim dzieciństwem i nie mogli wyjść z szoku. Śmiali się – co Wyście z naszą stodołą zrobili?! Ponadto zespół grał tak, że parkiet był pełen – doskonały test dla naszej podłogi :) Ponadto mieliśmy przygotowaną strefę relaksu z leżakami, drewnianymi pieńkami. Dużo ludzi chętnie z tego korzystało. Wesele to nie tylko okazja do zabawy, ale też rodzinnych spotkań i rozmów. Warto stworzyć gościom miejsce, w którym będą mogli się oddać swobodnym konwersacjom. Na poprawinach dla dzieci mieliśmy dmuchane place zabaw i kącik kreatywny – był to strzał w dziesiątkę i naprawdę polecam takie rozwiązanie. Zadowolenie dzieci i ich rodziców gwarantowane. Na samym weselu to nam goście przygotowali niespodzianki. Wspomniany przez Ciebie zastęp Małych Księżniczek zaśpiewał nam piosenkę, a kuzyn i siostra Macieja przygotowali prezentację z naszymi zdjęciami oraz filmik, będący zlepkiem zdjęć i nagrań z przygotowań stodoły do wesela.

M: Wow, dopiero video obrazuje ogrom włożonej pracy! Ale spytam jeszcze o Wasze dwie świadkowe – to wciąż niezbyt popularne rozwiązanie, choć i nam świadkowały nasze dwie siostry. Pewnie były dużym wsparciem podczas organizacji z kobiecą intuicją i pracowitością? :)

Natalia: Ja mam jedną siostrę, mój mąż ma dwie. Tak że praktycznie od razu wiedzieliśmy, że będą z nami tego dnia dwie piękne dziewczyny. Były dużym wsparciem i na każdym kroku dodawały otuchy. To nie było jedyne niekonwencjonalne rozwiązanie, gdyż wiele osób było zdziwionych tym, że w kościele siedziałam po lewej stronie. Goście się śmiali, że po „złych stronach usiedli”. My zawsze tak chodzimy, zawsze tak siedzimy i dla nas nie było to nic dziwnego.

M: To zupełnie odwrotnie niż my – mój mąż zawsze pilnuje, by być przy moim lewym boku :) Trzeba podkreślić, że Wasze wesele nie było ostatnim w Dyrkowie! Co dzieje się tu obecnie?

Natalia: Jesteśmy w trakcie drugiej części remontu. Kończymy taras, łazienki i pokój dla pary młodej. Aranżujemy też ogród. Mamy jeszcze trochę pracy, ale do drzwi otwartych, na które zapraszamy pod koniec sierpnia na pewno zdążymy. Czekamy na pierwsze wesele w tym roku, które odbędzie się już we wrześniu – dokładnie w pierwszą rocznicę naszego ślubu!

Kliknij w zdjęcie, aby powiększyć. Pod galerią znajdziesz listę polecanych firm, z którymi współpracowali Natalia i Maciej.
Natalia i Maciej polecają w Wielkopolsce:

Miejsce na wesele: Dyrkowo

Fotograf: Wild and Free Photography

Zespół: Zespół Muzyczny KORMORANY

Catering: Catering Anna

Video: Cześć Kuba

Makijaż i fryzura: Elegantka – Agnieszka Olczyk wizażystka i stylistka

***

Jeśli chcesz pokazać swój ślubny reportaż ze wspomnieniami na łamach Ślubu bez bez, napisz wiadomość na adres: slubbezbez@gmail.com i wyślij kilka zdjęć. Redakcja zastrzega sobie prawo do odpowiedzi na wybrane wiadomości.